Pobić Koronawirusa
- artsnahum
- 26 lis 2020
- 12 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 29 lis 2020

Budzę się wcześniej niż zwykle. W pośpiechu myję się i jem śniadanie. Dodatkowo robię kanapki i pakuję je do plecaka. Dziś jadę do Gdańska, na specjalistyczne badania. Od dłuższego czasu zmagam się z silnym bólem i osłabieniem mięśni. Badania powinny potwierdzić wstępną diagnozę i wskazać możliwości dalszego leczenia. Wszystko zaczęło się cztery lata temu. I to jest trzecia lub czwarta batalia o zdrowie i sprawność w moim życiu. Poprzednia zwycięska była związana z leczeniem boreliozy. Dwie poprzednie przegrane lub nierozstrzygnięte, były również związane z leczeniem boreliozy. Wtedy nie została rozpoznana i właściwie zdiagnozowana. Z tego powodu leczenie nie powiodło się, a problem pozostał. Po pomyślnym wyleczeniu boreliozy w 2010 roku wróciłem do życia z zaświatów. Wcześniej ważyłem 59 kg. na wysokości 180 cm. Spałem kilka godzin dziennie, wstawałem po 11 rano, wszystko mnie bolało i chodziłem jak zombie. Po dwóch miesiącach kuracji antybiotykami byłam zupełnie inną osobą. Potrzebował tylko trzech lub czterech godzin snu na dobę, i byłem pełen energii. która mnie nawet rozsadzała. Wtedy postanowiłem wrócić do swoich dawnych pasji. Zrealizować projekty, które odkładam z powodu choroby i braku energii. Przed chorobą pracowałem jako grafik dla agencji reklamowych. Pracowałem również przy projektach architektonicznych, urbanistycznych i technicznych. Jednak wzornictwo, nowe media i sztuki plastyczne pociągały mnie najbardziej, w mojej ścieżce kariery. Dlatego wybór był dla mnie oczywisty. Postanowiłem rozpocząć działalność i założyć biuro projektowe.
PRZYKŁADOWE PRACE WYKONANE PRZED LECZENIEM BORELIOZY
Musiałem podejść do tego racjonalnie.Mój organizm był wyczerpany po wielu latach choroby. Byłem bez grosza, a moje finanse były w rozpaczliwym stanie. Technologia i rynek pędziły naprzód, w czasie gdy byłem pogrążony, w fizycznej niemocy. Musiałem to wszystko naprawić, zanim wystartuję na poważnie. Zacząłem od mojej kondycji i sprawności. Dzięki długim spacerom i regularnym ćwiczeniom stopniowo odzyskiwałem siłę. Miałem w tym pewne doświadczenie, wcześniej chodziłem na fizjoterapię i siłownię. Tam instruktorzy przekazali mi niezbędną wiedzę o tym, jak ćwiczyć, aby nie zrobić sobie krzywdy i sprawnie nabrać formy. Teraz mogłem z niego korzystać, bez potrzeby szukania informacji i ponoszenia dodatkowych kosztów.
Jak ważna jest sprawność fizyczna , tak podobnie i odżywianie. Tutaj miałam dużo wygodniej, w moim rodzinnym domu zawsze dbano, o prawidłowe odżywianie. Nie byliśmy wyznawcami żadnej religii wegańskiej ani czegoś takiego. Moi rodzice pochodzili ze wsi, a żywność ekologiczna była naszym chlebem powszednim i uświęconą tradycją. Dodałem kilka specjalistycznych suplementów, do mojego codziennego jadłospisu i było po wszystkim. Pozostała kwestia technik warsztatowych i finansów. Moi przyjaciele i zrządzenie losu, pomogło mi w tych sprawach. Zacząłem odnawiać stare znajomości i rozmawiać o swoich planach. Miałem wielu przyjaciół w internecie i mediach. Mogłem szybko dowiedzieć się, co się dzieje na rynku mediów. Bardzo pomógł mi powrót do aktywności społecznej, w Robotniczym Stowarzyszeniu Twórców Kultury. Gdzie stawiałem pierwsze kroki, w poważnej twórczości. Tam uzyskałem dostęp do szkoleń dla animatorów i przedsiębiorców. Dzięki nim mogłem szybko podnieść swoje kompetencje i umiejętności, do poziomu wymaganego przez rynek. Z drugiej strony moi znajomi chętnie mi doradzali, udostępniali lub wypożyczali sprzęt. Tak udało mi się nadrobić zaległości, bez większych przeszkód, pomimo braku odpowiednich środków własnych.
OTWARCIE PRZEGLĄDU ROBOTNICZEGO STOWARZYSZENIA TWÓRCÓW KULTURY
Przez cały ten czas borykałem się z problemami finansowymi. Trudno było mi zdobyć pieniądze na bieżące potrzeby, otwarcie własnego biura wymagało sporych inwestycji, na które nie miałem środków. Dlatego kontynuowałem, na ile było to możliwe, inne moje wysiłki. Poszedłem na planową operację przegrody nosowej. Miało to ułatwić mi oddychanie, udrożnić zatoki i zmniejszyć obciążenie serca. Kiedy wracałem do zdrowia po skomplikowanej operacji w szpitalu, dowiedziałem się o śmierci mojej cioci. Ciocia była jedną z osób, z którymi często rozmawiałem o moich planach. Była także przedsiębiorcą i szczerze kibicowała mi, w mojej działalności twórczej . Dowiedziałem się też, że zostawiła po sobie pokaźny spadek, a ja byłem jednym z beneficjentów. Wkrótce miałem poznać szczegóły.
Zainteresowani członkowie rodziny, umówili się na „odczytani testamentu”. Ze względu na osłabienie i nie zagojone rany po operacji, nie pojechałem na nie. Później z relacji dowiedziałem się, że ciocia zostawiła mi mieszkanie w Olsztynie i pewną sumę pieniędzy, na rozpoczęcie działalności. Warto też dodać, że w testamencie ujęła innych członków rodziny i generalnie zachowywała tzw. dział ustawowy. Oznacza to, że każda osoba ujęta w testamencie dostała tyle, ile państwo przyznałoby jej, na mocy obowiązującego prawa. Wyjątkiem było pominięcie dwóch osób i dodanie jednej osoby spoza rodziny. Taka sytuacja dała mi szansę na nowy początek i przyspieszenie realizacji moich planów. Zdawałem sobie sprawę, że przyniesie to też nowe wyzwania. Przeprowadzka do innego miasta oddalonego o 450 km, postępowanie i formalności spadkowe. To było coś, czego wcześniej nie brałem pod uwagę, teraz musiałem się tym zająć. Dopiero po kilku tygodniach pojechałem sprawdzić sytuację i załatwić formalności. To, co odkryłem na miejscu, nie wyglądało tak ładnie. Sprawa spadkowa mogła zostać zamknięta w ciągu kilku tygodni, w trybie administracyjnym. Z powodu jednego nieświadomego błędu formalnego, szykowało się postępowanie przed Sądem, z roszczeniami osób pominiętych w testamencie.
Rzeczywistość przerosła moje najczarniejsze wyobrażenia. Postępowanie spadkowe, które mogło zakończyć się, po kilku tygodniach. Przekształciło się w sprawę sądową, która miała trwać sześć miesięcy, a nawet rok. W rzeczywistości trwało, to cztery lata, łącznie z udziałem Policji i Prokuratury. Jednym słowem, było ciężko. Nie tylko straciłem przez to dużo czasu, ale straciłem też połowę zapisanych mi pieniędzy. Ze względu na dodatkowe koszty przewlekłej sprawy sądowej. Kiedy byłem już gotowy, aby rozpocząć tworzenie swojego wymarzonego biura projektowego. Byłem całkowicie zniechęcony i zdezorientowany. Po długiej refleksji stwierdziłem, że zaszedłem za daleko. Przeprowadziłem się do innego miasta. Nawiązałem nowe kontakty z ciekawymi środowiskami, o których wcześniej nie myślałem. Takimi jak Olsztyński Klub Literacki, Olsztyńskie Warsztaty Gospel, Chór Kolegium Bacalarum i inne inicjatywy lokalne. To była niesamowita przygoda, pomimo koszmaru przewlekłej sprawy spadkowej. Teraz nie mogłem się wycofać. Nawet nie chciałem, mimo głębokiej frustracji, którą wielokrotnie głośno wyrażałem. Postanowiłem zrewidować swoje plany, ale nie porzucać ich i dalej realizować swoje marzenia na tyle, na ile pozwala mi obecna sytuacja.
Otworzyłem biuro projektowe. Kupiłem niezbędny sprzęt i licencje na profesjonalne oprogramowanie. Powoli zacząłem realizować swoje pierwsze projekty, robić relacje i reportaże z wydarzeń. Wszystko zaczynało się kręcić, a ja coraz lepiej sobie radziłem. W okolicy dużo się działo i trudno było nadążyć za wszystkim, co się wydarzyło. Czy to targi sportów wodnych, pokazy mody, wyścigi samochodowe i tak dalej. Byłem coraz bardziej aktywny, aż tu żołądek zaczął mi szwankować. Na początku myślałem, że to stres daje o sobie znać i wkrótce wszystko się uspokoi. Jednak po kilku tygodniach, mój żołądek zupełnie odmówił współpracy. Jedzenie, które zwykle lubiłem, zamieniło się w koszmar. Wszystko, co włożyłem do ust, było torturą. Dodatkowo odczuwałam ciągłe bóle brzucha i bolesne zaparcia. Po kilku miesiącach starań o leczenie i diagnozę, w polskiej służbie zdrowia, otrzymałem diagnozę. Zapalenie żołądka II stopnia, z powikłaniami w jelitach i przewodzie pokarmowym. Zacząłem leczyć żołądek. Niestety moje plany upadły, a moja sytuacja finansowa dramatycznie się pogorszyła. Mimo wszelkich starań musiałem zamknąć biuro projektowe, z dużymi stratami finansowymi. Na szczęście samo leczenie żołądka, przyniosło szybką poprawę i dziś po zapaleniu nie ma już śladu.
Poszedłem do pracy na pełny etat w lokalnej firmie, aby naprawić swoje finanse. Wszystko zaczęło się układać ponownie, gdy borelioza ponownie się odezwała. Obudziłem się pewnego ranka i zobaczyłem różowy, swędzący guzek na mojej nodze, w pobliżu kostki. Taki jak po ugryzieniu komara, tylko trzy razy większy. W nocy musiał mnie ugryźć jakiś owad. Trochę się zdenerwowałem, od razu zacząłem mieć złe przeczucia. Po kilku dniach, guzek zmienił się w różową plamę. Po kilku tygodniach, nadal była na nodze, trochę większa i w innym odcieniu. Ja za to, czułam się coraz gorzej. Jakbym cały czas, był przeziębiony i cały obolały. Tym razem byłem pewien, że to borelioza. Niestety lekarze, z którymi się konsultowałem, nie podzielali mojej opinii. Zamiast tego podejrzewali u mnie inne choroby, których nie można było potwierdzić. Więc zmieniłem lekarza i zacząłem leczenie boreliozy.
Pierwsza próba leczenia, przyniosła krótkotrwałą poprawę, ale po kilku tygodniach objawy powróciły, ze zwiększoną siłą. Po konsultacji z innymi specjalistami, zdecydowałam się, na leczenie szpitalne boreliozy. Wziąłem skierowanie, od mojego lekarza prowadzącego i zacząłem szukać szpitala, w którym zostałbym przyjęty na leczenie. Z bardzo skromnej listy, wybrałem szpital w Piszu. Wybór okazał się niezwykle trafny. Sam szpital jest mały, mocno niedoinwestowany, jest normą dla całej polskiej służby zdrowia. Jednak był uzbrojony, w kompetentnym i zaangażowanym personelem, który nadrabiał inne braki systemowe. Leczenie przebiegło gładko i przyniósł oczekiwaną poprawę. Jednak znowu byłem całkowicie wyczerpany fizycznie. Był środek kapryśnej zimy, a na zewnątrz nieustannie padał deszcz, lub śnieg. Wiele osób było przeziębionych. Nie straciłam nadziei i mimo licznych komplikacji, kontynuowałam leczenie. Jednak ktoś zmienił mi, lekarza prowadzącego, wbrew mojej woli. Najpierw zacisnąłem zęby i pomyślałem, że to nie czas na kłótnie, ważniejsze jest leczenie i zdrowie. Na niewiele to się zdało, szybko okazało się, że nie możemy się dogadać. Dlatego ponownie zmieniłem lekarza. Również i tym razem decyzja i wybór okazały się słuszne. Kontynuowałem leczenie powikłań, u innych specjalistów. Moja sytuacja i stan wyraźnie się ustabilizowały. Wtedy właśnie spotkałem korona-wirusa.

Był początek 2017 roku. Wszyscy narzekali na pogodę. Zima była kapryśna, chłodna i deszczowa. Większość ludzi była przeziębiona lub zakatarzona. Byłem po wyczerpującym leczeniu i starałem się nie przeziębić. Wydawało się, że zaczynam wychodzić z dołka. Nagle wszystko się zawaliło, jakby ktoś zgasił światło. Nie pamiętam pierwszych dni infekcji, później też mam duże luki w pamięci. Wiem, że leżałem bezsilny, w swoim mieszkaniu i przez całe noce, mocno kaszlałem. Na początku myślałem, że to grypa i kiedy się wypocę, minie za tydzień, lub dwa. Mijały tygodnie, a kaszel nie ustępował. Potem były problemy z oddychaniem, napady duszności i niepokoju. Ostre zapalenie zatok, z przewlekłym bólem głowy. I cała masa dolegliwości, towarzyszących infekcjom wirusowym. Wszystkie objawy wskazywały, na zakażenie koronawirusem SARS CoV. Co robić w takiej sytuacji, rozpoczynać nowe leczenie? Przecież byłem pod stałą opieką lekarzy i mogliśmy tylko obserwować przebieg wydarzeń. Kibicować organizmowi, żeby poradził sobie z infekcją. W tym czasie, moi sąsiedzi też chorowali w podobny sposób. Dwie starsze sąsiadki, trafiły szpitala z objawami SARS CoV. Ja miałem więcej szczęścia i uniknąłem takiej konieczności. Jednak wszyscy do dziś odczuwamy skutki tej „przygody”.
W tym czasie, w 2017 roku, dyskusja o koronawirusie, nie była tak głośna, jak zrobiła się w 2020 roku, po pierwszym globalnym lockdownie. Jednak już wtedy, media ostrzegały przed nowym korona-wirusem, o tajemniczej nazwie SARS CoV. Opisano i przedstawiono pojedyncze przypadki pacjentów, z niewydolnością oddechową. Szybko zwróciłem uwagę, na sprawcę moich dolegliwości - koronawirusa SARS CoV. Równie szybko zdałem sobie sprawę, że ta wiedza na niewiele mi się przyda. Nie było takiej rozbudzonej świadomości społecznej. Nie było dostępnych testów na koronawirusa. Informacje o SARS CoV były często traktowane, jako gratka dla koneserów medycynopatii. Postanowiłam więc skupić się na leczeniu objawów i powikłań. Nota bene, tak robi się również dzisiaj. W końcu mleko już się rozlało.
Przerażającą w zakażeniu koronawirusem, jest ilość i intensywność, objawów i dolegliwości. Kiedy zacząłem przechodzić przez SARS CoV, poczułem się, jakbym wpadł do ciemnej rwącej rzeki. Niosła mnie ona, swoim niespokojnym prądem i nic nie mogłem na to poradzić. Wtedy przypomniałem sobie jedną, z technik nauczanych, w treningu surwiwalowym. Która radzi, aby nie walczyć z nurtem, gdy znajdziesz się w takiej sytuacji. Po prostu spróbuj utrzymać się na powierzchni i złapać oddech. Postanowiłem zastosować tę radę w sytuacji, która mi się przydarzyła. Nie starałem się wytłumaczyć wszystkim, że mam koronawirusa, nic by to nie dało, raczej pogorszyłoby sytuację. Płynąłem dalej z falą burzliwych wydarzeń, szukając możliwości, aby wydostać się na spokojny brzeg.

Brnąłem więc przez szarą, przaśną rzeczywistość, polskiej służby zdrowia. Rzeczywistość, do której już przywykłem i nauczyłem się tolerować. Gdzie nowoczesność spotyka się ze średniowieczem. Empatia i kompetencja, są wymieszane z małostkowością, lub zwykłą niechęcią. W trakcie tego procesu, dużym wyzwaniem była dla mnie, skuteczna komunikacja z innymi. Luki w pamięci, roztargnienie i inne nieprzyjemne dolegliwości utrudniały komunikację ze środowiskiem. Wielokrotnie rozmawiałem z lekarzem podczas wizyty. Starałem się, dać mu obraz moich dolegliwości i związanych z nimi podejrzeń. Trudno mi było skoncentrować myśli, zapamiętać wszystkie wątki i odpowiednio je wyrazić. Co dość często zdarza się po zakażeniu koronawirusem. Powodowało to wiele nieporozumień. Czasami przemieniało się to niemal w kłótnię, a potem zwykle dochodziło do jednomyślności i konsensusu.
To doświadczenie nauczyło mnie, empatycznej asertywności. Wcześniej, gdy miałam trudności z komunikacją z lekarzem, denerwowałem się, najczęściej razem z nim . Lub wycofywałem się i nie omawiał dalej problemu. Po kilku takich sytuacjach zacząłem przygotowywać się mentalnie do każdej wizyty. Podobnie jak przed rozmową o pracę, tylko że to była rozmowa o zdrowie. W myślach rozważałem problemy i kwestie, które chciałem poruszyć podczas wizyty. Zastanawiałem się, co powiedzieć na każdy temat, aby być dobrze zrozumianym. To znacznie poprawiło jakość wizyt i zmniejszyło liczbę nieporozumień. Pomogło mi to dochodzić moich racji, bez powodowania niepotrzebnych napięć. Koronawirus SARS CoV powoduje wiele przykrych dolegliwości. Naturalnym jest odruch, aby uwolnić się od nich, ale kiedy próbowałem je wszystkie na raz wymienić. Wtedy pojawił się obraz hipochondryka, który zaczynał przesadzać. Nie pomagało to w rozwiązaniu problemów. Zacząłem więc wybierać najbardziej dokuczliwe objawy, jeden, dwa lub trzy. W jednej rozmowie z lekarzem, starałem się trzymać tego jednego objawu. Chyba że lekarz zapytał o inne dolegliwości. Wtedy starałem się wymienić te najsilniejsze, bez wchodzenia w szczegóły. To znacznie poprawiło proces leczenia. Jednocześnie starałem się pamiętać, że lekarz też jest człowiekiem i ma własne zmartwienia. Poza mną jest wielu innych chorych, często znacznie bardziej.
Mijały tygodnie i sytuacja zaczęła się stabilizować. W tym czasie przez wiele miesięcy, otrzymywałem świadczenie zdrowotne, które było moim jedynym źródłem utrzymania. Świadczenie takie przysługuje osobom, które przez krótki czas, są bardzo chore. Musiałem więc wymyślić inne rozwiązanie. Byłem zbyt słaby i rozbity, żeby wrócić do poprzedniej pracy. Nie mogłem znieść takiego stanu. Dlatego zacząłem szukać, lekkiej pracy fizycznej. Pomyślałem sobie w ten sposób: w wymagającej pracy nie poradzę sobie teraz zbyt dobrze, a odrobina ruchu podczas pracy fizycznej, pomoże mi odzyskać kondycję i sprawność. Niższe zarobki wynikające z takiego rozwiązania, nie były problemem w obecnej sytuacji. Pierwsze próby znalezienia pracy, zakończyły się niepowodzeniem. Jednak w końcu dostałem pracę.
Kiedy zaczynałem nową pracę, od razu poinformowałem pracodawcę, że jestem po leczeniu boreliozy. Nie mówiłem nic o koronawirusie z wyżej wymienionych powodów. Pracodawca i koledzy, wykazali się pełnym zrozumieniem i od samego początku przyznali mi taryfę ulgową. Moi najbliżsi współpracownicy, cierpliwie pomagali mi przy wielu błędach, które często mi się wtedy zdarzały. Mimo że praca była znacznie poniżej moich kwalifikacji zawodowych. Ze względu na moje zdrowie i kondycję była dla mnie idealna i dała mi dużo satysfakcji. Lato było piękne w porównaniu z minioną zimą. Możliwość dojazdu do biura, które znajdowało się w malowniczym miejscu, otoczonym lasami. Była zbawienną odmiana, po przymusowym zamknięciu, w czterech ścianach mieszkania.
Kilka miesięcy później, miałem okazję zmienić pracę na bardziej atrakcyjną, ale też bardziej wymagającą. Skorzystałem z tej szansy. Tym razem również poinformowałem o swojej chorobie i otrzymałem pełne zrozumienie. Na nowym stanowisku oczekiwania były wyższe ze względu na profil działalności firmy. Dolegliwości i spadek wydolności po przebyciu boreliozy i koronawirusa, sprawiły mi wiele trudności. Czynności, które kiedyś robiłem automatycznie, teraz zajmowały mi dużo więcej czasu i wymagały sporego wysiłku. Jednak sama praca sprawiła mi ogromną satysfakcję i nie zrażały mnie drobne potknięcia. Zdawałem sobie sprawę, że przeszedłem duży kryzys i dużo czasu zajmie mi odzyskanie sprawności. Więc starałem się, być wyrozumiałym dla siebie.
Jedną z podstawowych metod leczenia powikłań po infekcjach wirusowych, oprócz przyjmowania leków, jest fizjoterapia. Dlatego wziąłem skierowanie do lekarza fizjoterapeuty. Po zapoznaniu się z moją historią i kondycją, zalecili odpowiedni zestaw ćwiczeń rehabilitacyjnych. Ze skierowanie od lekarza, udałem się do gabinetu fizjoterapii. Oczywiście na wszystko musiałem czekać, taka specyfika systemu. Niedogodności wynikające z niskiej sprawności systemu, kompensowali fizjoterapeuci. Bardzo profesjonalnie i z zaangażowaniem wykonywali zalecenia lekarza, pogłębiali też diagnozę mojej kondycji fizycznej i odpowiednio dostosowywali ćwiczenia i zabiegi. Przekazali mi również swoje opinie i zalecenia, dotyczące dalszej rehabilitacji. Które mogłem i powinienem kontynuować sam. Chętnie zastosowałem się do powyższych zaleceń. Krok po kroku, poprawiałem swoją kondycję. Kiedy poczułem się dużo lepiej, zacząłem chodzić na gimnastykę Pilates. Przekazałem instruktorowi prowadzącemu zajęcia informacje o swoim stanie zdrowia i uciążliwych dolegliwościach, po czym bez większych trudności dołączyłem do ćwiczącej grupy. Chociaż mój stan był nieco inny niż na poziomie grupy, same zajęcia i ćwiczenia okazały się bardzo odpowiednie. Metoda Pilates jest bardzo podobna do gimnastyki rehabilitacyjnej, tylko trochę bardziej wymagająca technicznie i fizycznie. Natomiast daje świetne rezultaty. Inne metody ćwiczeń, takie jak joga, tai-chi i zumba, powinny być równie skuteczne.
Kiedy dostosowałem dietę, zauważyłem znaczną poprawę samopoczucia i zdrowia. Wcześniej, gdy miałem zapalenie żołądka, drastycznie ograniczyłem spożycie mięsa, tłuszczów zwierzęcych i czekolady. Zastępując je produktami roślinnymi bogatymi w białko i tłuszcze. To było bardzo dobre rozwiązanie dla żołądka i układu pokarmowego. Jednak po infekcji koronawirusem, takie odżywianie nie wystarczyło. Wiele powikłań SARS CoV ma charakter neurologiczny. Przy których, zalecana jest dieta bogata w białko i tłuszcze zwierzęce. TW miarę możliwe, dieta powinna być dostosowana do tych potrzeb. Dlatego zacząłem stosować odżywki białkowe dla sportowców. Wróciłem do jedzenia umiarkowanej ilości mięsa, tłuszczów zwierzęcych i czekolady. Efekt poprawy samopoczucia i sprawności przyszedł bardzo szybko.
Wraz z poprawą mojej kondycji i sprawności zacząłem nabierać coraz większego optymizmu i wigoru. Coraz częściej wracałem myślami do swoich planów sprzed załamania się stanu zdrowia. Zacząłem chodzić na imprezy i robić z nich krótkie relacje. Musiałem sprzedać większość sprzętu lepszej jakości, aby pokryć koszty leczenia i utrzymania. Jednak inne urządzenia które mi pozostały, wystarczyły do robienia dobrej jakości zdjęć i filmów. Które nadawały się do publikowania, w mediach społecznościowych. To był dla mnie kolejny ważny krok, w odzyskaniu sprawności i życia. Dużo łatwiej było mi dzięki temu, przezwyciężyć dokuczliwe dolegliwości i brak energii. Dzięki aktywności w działaniach związanych z moją pasją: projektowaniem, nowymi mediami i sztukami pięknymi.
KONIE APOKATASTAZY
Systematycznie i spokojnie stawiane kolejne kroki na drodze do zdrowienia. Z miesiąca na miesiąc przynosiły coraz lepsze efekty. - leczenie objawów i powikłań - rehabilitacja i aktywność fizyczna - dostosowana dieta - działalność zawodowa - aktywność społeczna - praktykowanie pasji Pomogły mi skutecznie uporać się z dolegliwościami po koronawirusie i odzyskać swoje dawne życie.
Potem pojawił się wirus, który moim zdaniem jest bardziej niebezpieczny niż SARS CoV. Wirus nienawiści, nietolerancji i uprzedzeń. Wirus ten od zarania dziejów, trawi ludzkie umysły gorączką. Powodując nieoceniane konsekwencje i strat. Wcześniej niezliczoną ilość razy, spotykałem się z przejawami niechęci, nękania lub nienawiści. W dużej mierze nabyłem na nie odporność. Ale tym razem, zadziałało to jak, syndrom gotowania żaby. Sytuacja społeczna, napięcia polityczne i ideologiczne narastały, z roku na rok. Było to często wyrażane w relacjach międzyludzkich lub sąsiedzkich. Dla mnie, jako osoby po przebytym koronawirusie, z licznymi dolegliwościami, było to bardzo uciążliwe. Czułem się jak obdarty ze skóry, a bolesne sytuacje dotykały żywego mięsa.
Coraz częściej chorowałam, powróciły zaleczone wcześniej dolegliwości. Stres siał spustoszenie w moim ciele. Miałem coraz więcej trudności z pracą. W połowie 2019 roku zostałem bezrobotny i w opłakanym stanie. Próby wyjścia z impasu, poprawy zdrowia i powrotu do pracy nie powiodły się. Skończyło się na zasiłku dla przewlekle chorych, bezrobotnych. W takim stanie zastał mnie, pierwszy globalny lockdown, z powodu pandemii koronawirusa. Obecnie stoimy przed widmem drugiego globalnego lockdownu, a sytuacja gospodarcza jest coraz trudniejsza. Nie jest to już, ciemna rwąca rzeka; jest to dolina cienia i śmierci. Przez którą będziemy musieli przejść. Nie każdemu to się uda zrobić, niektórzy zostaną tam na zawsze. Wierzę, że ci, którzy przez nią przejdą, będą bardziej odporni na koronawirusa, oraz wirusa nienawiści, nietolerancji i uprzedzeń. Bardziej oporni i mądrzejsi w doświadczeniach będziemy mogli zacząć od nowa.
























































Komentarze